Szczęście w skorupie

Franciszek Kucharczak
źródło: Gość Niedzielny, artykuł z numeru 15/2009 12-04-2009

Myśl wyrachowana: Wiara jest ryzykiem poddania się prowadzeniu, brak ryzyka daje pewność błądzenia

Za młodu uważałem, że kury to najgłupsze ptaki na świecie. Nawet płoszyły się jakoś głupio. Aż kiedyś idę sobie koło przydomowego kurnika, a na mnie jak nie wyskoczy taka jedna! Nastroszona jak feministka na manifie. Skrzydła uniesione. Dziób rozwarty, godzący w moją integralność cielesną. Odskoczyłem odruchowo. – Co jest? – pomyślałem i zaraz dostrzegłem: pisklęta są. Kura wysiedziała jajka i została kwoką. Od razu nabrałem dla niej szacunku. Temu ptaszysku na czymś bardzo zależało. To już nie był opierzony kawał mięsa, myślący tylko o własnym kuprze. Kwoka miała POWÓD, żeby walczyć. Wcześniej nie miała, więc nic dziwnego, że zachowywała się jak katolik niepraktykujący.

Przyznam się do czegoś: Myślałem, że będę ojcem do bani. Bałem się, że nie podołam nowym obowiązkom, że będę musiał to i tamto, a nie będę mógł tego i owego. Ten lęk nie opuścił mnie nawet wtedy, gdy urodził się mój pierwszy syn. Wszystko zmieniło się po miesiącu, gdy w półmroku pokoju pochyliłem się nad jego łóżeczkiem. Zobaczyłem wpatrzone we mnie czarne oczka i szeroki, bezzębny uśmiech. On uśmiechał się DO MNIE, najcudowniejszym, bezinteresownym uśmiechem niemowlęcia. Byłem załatwiony. W tym momencie wiedziałem już, że jestem ojcem. Wiedziałem, że dam się za niego pokroić, bo go kocham. Ale – rzecz ciekawa – on był pierwszy. Moja miłość była odpowiedzią na jego miłość. Ja zobaczyłem, że on mnie kocha.

Tak jest z naszym stosunkiem do Boga. Człowiek przed Bogiem ucieka, a nawet z Nim walczy, bo nie ujrzał Jego uśmiechu. Dopóki się to nie stanie, wszelkie objawy religijności będą jak wymuszone przewijanie cudzego dziecka. Msza, sakramenty, modlitwa – wszystko będzie przykrym obowiązkiem do odwalenia. Przykazania będą kratami, rady ewangeliczne batami, a cnota obciachem. Dlatego liczni chrześcijanie są jak bezdzietne kury. Wiara jawi im się w postaci twardego jajka. Trzeba ją znosić, a potem bez celu wysiadywać w kościelnej ławce. Nie mają pojęcia, że gdy spotkają Boga, prędzej dadzą się przerobić na sieczkę, niż się Go wyrzekną. No dobra – powie ktoś. – Ale jak Go spotkać?

Pamiętam, jak kiedyś, jadąc ze znajomym księdzem przez Czechy, wzięliśmy autostopowicza. Rozmowa zeszła na sprawy wiary. W pewnym momencie ksiądz zapytał młodego Czecha, czy nie chciałby oddać swojego życia Jezusowi. – O nie, nie mogę – odpowiedział tamten. – Dlaczego? – zapytaliśmy chórem. Na to młody: – Bo ja za dużo złego w życiu zrobiłem. Oto jak wszystko stoi na głowie. Ludzie wyobrażają sobie, że Jezusa otrzymuje się w nagrodę za dobre życie. Tymczasem nikt nie zdoła dobrze żyć, jeśli Jezusa nie przyjmie. Wystarczy otworzyć Mu drzwi, bo stoi za nimi i kołacze. Robi się to aktem woli i konkretną modlitwą oddania Jezusowi życia. Bez zastrzeżeń i aneksów. To jedyna cena. A co się zyskuje? Niedawno zmarły ksiądz Czesław Podleski pokazywał to na przykładzie niedowiarka Tomasza. Apostoł, niewierząc, że Jezus naprawdę żyje, mówi: „Pokaż, a ja uwierzę”. A Jezus mówi: „Uwierz, a ja pokażę”.

Reklamy